czwartek, 10 czerwca 2010

Znasz-li ten kraj?

Wbrew rządowej propagandzie sukcesu mówiącej o tym, jak to Polska rośnie w siłę, a ludziom zyje się dostatniej, warto przytoczyć garść danych świadczących o czymś zupełnie przeciwnym. Danych, o których nie wspomni jednak żaden z rządowych oficjeli na konferencji prasowej. 

W Polsce poniżej granicy ubóstwa żyje 17% ludności i 29% dzieci (sic!). Dla prównania, w większości krajów UE odsetek ten waha się od 6 do 12%. 

Sytuacja mieszkaniowa w Polsce jest tragiczna. 70% osób w wieku od 18 do 30 lat mieszka z rodzicami, gdyż nie stać ich ani na zakup własnego lokum, ani na opłacenie czynszu. Średnia unijna wynosi tu 29%. Co więcej, w Polsce na 1000 mieszkańców przypada 338 mieszkań, podczas gdy w krajach wysokorozwiniętych wskaźnik ten swobodnie przekracza 500 mieszkań. 

Wg OECD, Polacy są najdłużej pracującycm narodem po Koreańczykach. Dzięki uzbrojeniu pracy, gwałtownie wzrasta w naszym kraju wydajność pracy. Niestety, nie znajduje to przełożenia na płace, które są w Polsce jednymi z najniższych w UE. Być może dzieje się tak dlatego, że stopień uzwiązkowienia w Polsce wynosi tylko 14%, podczas gdy np. w Irlandii jest to 45%, a w Szwecji nawet 80%. Nie od dziś wiadomo, że gdzie związki zawodowe, tam wyższe wynagrodzenie.

Ranking Wskaźniku Jakości Życia (Quality of Life Index), który bierze pod uwagę m.in. PKB na 1 osobę, oczekiwaną długość życia czy bezpieczeństwo zatrudnienia, plasuje nas na 43 miejscu wśród 195 krajów, ex aequo z Kostaryką (sic!).

PKB na 1 mieszkańca wynosi 16,000 USD, co plasuje nas na - uwaga! - 70 miejscu wśród niepodległych państw i stanowi zaledwie 57% średniej UE. 

Myślę, że takie dane są o wiele bliższe przeciętnemu Polakowi. Takiemu, którego wielkim marzeniem jest umowa o pracę na czas nieokreślony i który o tym, że właśnie trwa sezon urlopowy dowiaduje się z TV. 

Źródło danych: http://pl.wikipedia.org/wiki/Polska



środa, 9 czerwca 2010

8 czerwca 2010 - data wprowadzenia faszystowskiego terroru

8 czerwca 2010 r. weszła w życie nowelizacja Kodeksu karnego przewidująca karę do 2 lat pozbawienia wolności dla osób, które produkują, rozprowadzają lub przechowują totalitarne treści komunistyczne bądź faszystowskie, takowe emblematy, symbole, gadżety itp. 

Ustawa nie precyzuje, co konkretnie do tych symboli się zalicza. Wygląda więc na to, że to od widzimisię sądu będzie zależeć interpretacja tego prawa. A im bardziej mętne prawo, tym większe pole do nadużyć. Tak też dokładnie jest z tym prawem. Jest iście gumowe. Idealne do stosowania wg zasady "dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie". Strach mieć w domu "Kapitał" Marksa, strach mieć dzieła Lenina. Wyjątkiem ma być co prawda działalność artystyczna, edukacyjna, kolekcjonerska czy naukowa, ale któż zdoła udowodnić, jakie pobudki nim kierowały, kiedy czytał chociażby "Życie moje" Lwa Trockiego lub zawieszał sobie na ścianie portret Wodza Rewolucji? 

Ta ustawa jest nie tylko bublem prawnym, ale stanowi absolutne kuriozum w skali świata. Kraj leżący w środku kontynentu europejskiego, gdzie partie komunistyczne są często trzecimi, czwartymi siłami politycznymi w poszczególnych państwach, a także zasiadają w Europarlamencie u boku polskich eurodeputowanych uchwala zamordystyczne prawo zrównujące faszyzm z komunizmem i de facto penalizujące działalność komunistyczną. 

Dzieje się to w kraju, który pod okupacją hitlerowską został niemal zrównany z ziemią, a pod zwierzchnictwem ZSRR - odbudowany. Z rąk hitlerowskich zbrodniarzy zginęło kilka milionów polskich obywateli. Była to masowa, dokładnie zaplanowana eksterminacja zmierzająca do całkowitej zagłady narodu Polskiego. Nie da się tego żadną miarą porównać ze stalinowskimi represjami politycznymi. Polska Ludowa uwolniła większość Polaków od nędzy, głodu, analfabetyzmu, bezdomności, bezrobocia. Po raz pierwszy w dziejach WSZYSCY Polacy mogli się cieszyć bezpłatną opieką zdrowotną. 

Może więc właśnie tu jest pies pogrzebany. W dobie dwucyfrowego bezrobocia, dziesiątek tysięcy bezdomnych, masowej emigracji "za chlebem", dzieci mdlejących w szkole z głodu, planowanej prywatyzacji służby zdrowia, czyli - mówiąc krótko - bankructwa obecnego systemu, elitom politycznym nie pozostaje nic innego jak atak na symbole kojarzone z czasami, kiedy wszystkie te plagi były nie do pomyślenia? Najlepszą obroną jest przecież atak. 



czwartek, 25 lutego 2010

Zaplute karły kapitalizmu vs orły rewolucji

Moralna degeneracja (anty)ludzi utrwalających władzę tych, którzy mają nad tymi, którzy nie mają jest widoczna nad wyraz często. Oto jeden z jej jaskrawych przykładów. 

W 2008 r. Piotr Ikonowicz wraz ze swoją Kancelarią Sprawiedliwości Społecznej przeprowadził jedną z wielu udanych blokad eksmisji. Jej przebieg miał jeden szczególny epizod. W pewnym momencie przewodniczącego Nowej Lewicy wziął "na stronę" pewien komornik. Wg oświadczenia, które Ikonowicz wygłosił tuż po zajściu przed wszystkimi biorącymi udział w blokadzie, komornik złożył mu nadzwyczaj osobliwą propozycję. Przedstawił mu tytuł egzekucji komorniczej z powodu przegranego przez Ikonowicza procesu z Rzecznikiem Interesu Publicznego Nizieńskim i zaproponował, że jeśli Ikonowicz odstąpi od blokady eksmisji, on odstąpi od egzekucji. "Niech mnie pan licytuje, panie komorniku" - usłyszał. 

Reżimowe gnidy usiłują mierzyć nas, ludzi autentycznej lewicy, swoją miarą. Są przekonani, że skoro wszyscy żyjemy w kapitalizmie, to znaczy, że każdego można kupić i każdego można sprzedać, że każdy ma swoją cenę. Jakie jest ich zdumienie, kiedy okazuje się, że nie mogą nas ani przekupić, ani zastraszyć. Piotr Ikonowicz zatriumfował niczym orzeł nad nikczemnym sępem. Jaką moralną legitymację do sprawowania swej funkcji ma komornik dopuszczający się propozycji korupcyjnej? Oczywiste, że żadnej. Ale jaki system, taki wymiar sprawiedliwości. Kapitalizm oparty jest na przestępstwie, przemocy, zbrodni, więc trudno by przedstawiciele jego wymiaru (nie)sprawiedliwości mogli przedstawiać sobą jakąkolwiek moralność.

Filmowa relacja z eksmisji: http://www.youtube.com/watch?v=UtW7BD5dcGo

poniedziałek, 1 lutego 2010

Obraza uczuć religijnych czy... zdrowego rozsądku?

Jakiś czas temu oglądałem w TVP INFO debatę pomiędzy neoliberalnym clownem Wojciechem Cejrowskim, znaną i cenioną wokalistką rockową o poglądach lewicowych Anią Orthodox oraz przebrzmiałą gwiazdą estrady Michałem Wiśniewskim. Rozmowa dotyczyła zasadności karania tzw. obrazy uczuć religijnych, a asumptem do jej przeprowadzenia było podarcie podczas koncertu przez wokalistę grupy Behemoth, Nergala, Biblii. Odziany - jak na błazna przystało - w koszulkę z matką boską Cejrowski z iście inkwizytorskim zapałem optował za karaniem osób dopuszczających się podobnych czynów.

Ania Orthodox sprzeciwiała się praktykom ścigania sądownie artystów obrażających uczucia religijne poprzez np. bezczeszczenie na swoich koncertach, wystawach itd. symboli religijnych argumentując, że każdy zdaje sobie sprawę, w jakiej imprezie udział bierze i czego może się spodziewać. Wg Orthodox, jeśli spodziewasz się, że na danym koncercie mogą mogą zostać obrażone twoje uczucia religijne - nie idź na niego. Cejrowski odpowiadał, że bez znaczenia jest, czy dana impreza jest przeznaczona dla każdego, czy dla ściśle określonego grona, by - jak się wyraził - "na jego ziemi" (tak jakby Polska nie była krajem osób o innych światopoglądach) takie czyny były sądownie ścigane. Na zarzut, że takie rozumowanie prowadzi wprost do wniosku, że również rozmowy w prywatnym gronie na "nieprawomyślne" tematy powinny być kryminalizowane (bo mają miejsce na "jego" katolickiej ziemi), odpowiedział, że owszem - tak powinno być (sic!).

Wiśniewski był "za, a nawet przeciw", Bronił wolności artystycznej wypowiedzi, ale przychylał się do stanowiska Cejrowskiego.

Rozmowa trwała dość długo, a jednak nikt nie otarł się nawet o sedno sprawy. Otóż sam zapis o czymś takim jak "obraza uczuć religijnych" w Kodeksie karnym jest absurdalny z prawnego punktu widzenia. Powinniśmy sobie to uświadomić zanim zaczniemy dyskutować o tym, czy karać czy nie, albo jak surowe powinny być kary, czy podobny zakaz narusza jakiekolwiek wolności obywatelskie czy też nie. Samo istnienie takiego paragrafu w kodeksie karnym jest ciężką obrazą, ale zdrowego rozsądku. Przestępstwo bowiem to czyn obiektywny, który może być potwierdzony dowodami i zeznaniami świadków. Jeśli zostaje pobity człowiek, to dowodem będą obrażenia jego ciała, a świadkami mogą być chociażby przechodnie. Jeśli dochodzi do włamania, dowodami są tego włamania ślady, a świadkami mogą być np. sąsiedzi, którzy spostrzegli nieznajomą osobę wymykającą się z mieszkania ofiary. Jeśli ktoś pod wpływem alkoholu potrąca samochodem na drodze pieszego, powodując liczne obrażenia, to dowodem będą te obrażenia, wgniecenia na karoserii samochodu sprawcy, nagrania z kamery przemysłowej, a świadkami mogą być inni uczestnicy ruchu drogowego. Bez dowodów i świadków nie możemy mówić o żadnym przestępstwie. A jakie dowody materialne mogą świadczyć o obrazie uczuć religijnych? Kto może być takiej obrazy świadkiem poza samym "obrażonym"? Można być ewentualnie świadkiem czegoś, co taką "obrazę" może u niektórych powodować, np. publicznego spalenia Biblii, ale nie samej OBRAZY. To czy dany czyn uczucia religijne obraża czy nie jest jedynie subiektywnym odczuciem. Jeden poczuje się dotknięty publicznym noszeniem przez Cejrowskiego koszulki z matką boską, inny nie. A przestępstwo jest czynem OBIEKTYWNYM. Tak jak pobicie, włamanie, morderstwo. Tu nie ma nic subiektywnego.

Bardziej poprawnie sforumowany paragraf mówiłby o zakazie bezczeszczenia miejsc kultu religijnego i przedmiotów czci religijnej. Ale i to prowadzi do kolejnych absurdów. Kto i na podstawie jakich kryteriów miałby decydować, co jest takim przedmiotem lub miejscem? Czy przepis dotyczyłby tylko religii rzymskokatolickiej czy każdej innej - łącznie z manicheizmem, New Age, Falun Gong - też? Czy zbite ze sobą za pomocą gwoździa i młotka dwie deski to już krzyż, a więc przedmiot czci religijnej? Czy kościół jest miejscem kultu religijnego zawsze czy tylko wtedy, gdy pełni funkcje sakralne? Co jeśli parafia bankrutuje, a kościół kupuje prywatna osoba i urządza tam dyskotekę?

Podczas programu, widzowie w SMS-owej sondzie zostali zapytani "Czy karać za obrazę uczuć religijnych?". Przytłaczająca większość opowiedziała się "za"...

Fragment programu: http://www.youtube.com/watch?v=Lo5zD-EGHCE

wtorek, 1 grudnia 2009

Dzieci, ryby i biedni głosu nie mają

Obejrzałem wczoraj w "publicznej" TV reportaż o działających na Śląsku tzw. węglarzach, czyli - najczęściej młodych - osobach kradnących z wagonów kolejowych węgiel. Jak ma to miejsce w niemal każdym materiale dziennikarskim burżuazyjnych mediów, tak i ten był zmanipulowany, tendencyjny i do bólu jednostronny. Węglarze zostali w nim przedstawieni jako groźny element przestępczy, niebezpieczne wyrostki, przez których kolej, kopalnie i państwo tracą mnóstwo pieniędzy. Ich sytuacja została całkowicie wyabstrahowana od śląskich realiów zamykanych kopalń i innych zakładów pracy, biedy, braku perspektyw, bezrobocia. Tak jakby ci ludzie mogli równie dobrze uczciwie pracować i godnie żyć za zarobione pieniądze, tylko z jakiejś wrodzonej podłości i umiłowania do łamania prawa wolą kraść węgiel. W materiale można usłyszeć wypowiedzi policjantów, pracowników Służby Ochrony Kolei, sędziów. Brakuje tylko wypowiedzi samych zainteresowanych. Nic dziwnego. Mogliby powiedzieć coś, co przeszkodziłoby dziennikarskim hienom przedstawienie ich w jednoznacznie negatywnym świetle. Nagonka mogłaby się nie udać.

Podobne odczucia towarzyszą mi podczas oglądania w TV programów ekonomicznych. Mówi się tam często o pracownikach - o tym, jacy są leniwi, roszczeniowi, niezdyscyplinowani oraz o związkowcach. Dziennikarska rzetelność wymagałaby przedstawienia racji obu stron, jednak próżno jej oczekiwać od prowadzących podobne audycje. Zapraszani do programów są zawsze jedynie "niezależni" (ciekawe, od kogo) eksperci, reprezentujacy punkt widzenia biznesu. Pluralizm w kapitalistycznej TV przejawia się jedynie w tym, że ekspert nr 1 jest z Fundacji im. Adama Smitha, nr 2 z jakiegoś banku, a nr 3 z którejś z organizacji pracodawców. Pan prowadzący zadaje im tendencyjne pytania, a szanowni goście sobie nawzajem przytakują lub parafrazują odpowiedzi drugiego.

Żeby jeszcze, dla równowagi, istniały jakieś audycje, w których możnaby było usłyszeć głos ludzi pracy, ale takowych po prostu nie ma. Cóż więc począć? Zastosować się do hasła: "Wyłącz telewizor - włącz myślenie". 

O skutecznej walce z kapitalistycznym wyzyskiem słów kilka

Kiedy rodzice, zamiast wychowywać swoje dzieci i opiekować się nimi najlepiej jak potrafią, skrajnie je zaniedbują lub maltretują, zostają pozbawieni praw rodzicielskich, a ich pociechy trafiają do domu dziecka. Kiedy kierowca, zamiast jeździć odpowiedzialnie i bezpiecznie, szaleje po ulicach taranując wszystko co napotka na drodze i przekracza dozwoloną prędkość kilkukrotnie, zostaje pozbawiony swojego auta, traci prawo jazdy oraz - najczęściej - trafia do więzienia. Kiedy tzw. pracodawca wyzyskuje bezlitośnie swoich pracowników, płaci im głodowe stawki, zatrudnia na czarno lub na umowy cywilnoprawne, łamiąc połowę artykułów kodeksu pracy, to... robi tak dalej bez przeszkód. No, czasami, gdy ma pecha, przyczepi się do niego Państwowa Inspekcja Pracy i ukarze go mandatem w śmiesznej wysokości. Po zapłacaniu mandatu - z wypracowanych przez pracowników pieniędzy, oczywiście - wyzyskiwacz powraca do swoich praktyk.

Zgodnie z art. 218. kodeksu karnego za uporczywe łamanie prawa pracy można trafić za kratki nawet na 2 lata. W praktyce jednak bardzo rzadko ma to miejsce. Można zaryzykować stwierdzenie, że o wiele łatwiej trafić do więzienia za jazdę po pijanemu na rowerze niż za wyzysk pracowników. 

Pytanie jednak, czy kara więzienia dla wyzyskiwaczy, nawet gdyby stosować ją częściej, jest właściwa wobec popełnionego przez nich czynu? Miesięczny koszt utrzymania więźnia w Polsce waha się od 1500 do nawet 2000 zł (sumy, o jakich mnóstwo pracowników może tylko pomarzyć). Kto więc będzie łożył na utrzymanie odsiadującego wyrok wyzyskiwacza? Podatnicy, czyli w większości pracownicy, emeryci, renciści. Czy pensje pracowników wzrosną od tego, że ich burżuj trafi za kratki? Nie. Czy poprawią się automatycznie ich warunki pracy? Nie. Czy po wyjściu na wolność kapitalista będzie żył skromniej, biedniej? Wątpliwe - podczas jego nieobecności firmą może zarządzać ktoś z rodziny.

Widać więc, że kara pozbawienia wolności jest w tym wypadku tyle nieskuteczna, co nieadekwatna. Autentyczna lewica powinna walczyć, by wywłaszczenie (dozwolone w polskim prawie tylko w wypadku wojny lub gdy wymaga tego "wyższy interes publiczny" - np. budowa autostrady) stało się środkiem karnym ZAMIAST kary więzienia wobec osób uporczywie łamiących prawo pracy. Wywłaszczenie na rzecz pracowników, oczywiście, lub w przypadku ogromnych zakładów pracy - na rzecz państwa. Oprócz tego, powinna zostać wprowadzona możliwość orzeczenia wobec wyzyskiwacza dożywotniego zakazu prowadzenia działalności gospodarczej. Byłaby to, rzecz jasna, kara mająca jedynie wymiar symboliczny, gdyż nowa firma mogłaby być zawsze zarejestrowana na kogoś z rodziny wyzyskiwacza, np. na żonę. Chodziłoby tu jednak o odpowiednie napiętnowanie osób dopuszczających się łamania prawa pracy.

Wszystko to wymagałoby jednakże zakwestionowania "świętego prawa własności", które stało się - jak słusznie zauważa w jednym ze swoich felietonów Piotr Ikonowicz - czymś w rodzaju "licencji na zabijanie", czyli prawa do łamania prawa.

Realizacja takich postulatów to raczej sprawa odległej przyszłości. Niemniej, już teraz powinniśmy artykułować jednoznacznie klasową odpowiedź na rozpasany wyzysk, jaki niezmiennie ma miejsce w burżuazyjnej Polsce od 20 lat. 


piątek, 17 kwietnia 2009

Nagonki na pracowników nigdy dość

Polsatowskie "Wydarzenia" biją na alarm - wg danych ZUS-u 10% pracowniczych zwolnień lekarskich to zwolnienia na nieistniejące choroby. Innymi słowy, leniwi pracownicy chodzą do lekarza po L4, gdy np. w weekend za ostro zabalują, a w poniedziałek ciężko im się zwlec do roboty z powodu kaca. Czujni dziennikarze odkryli, że Polacy na zwolnieniach lekarskich spędzają aż... 5% czasu pracy! Jako że prawdopodobnie nie byli w stanie znaleźć jakiegokolwiek innego europejskiego kraju, gdzie odsetek ten jest jeszcze niższy, porównali go do 3% w... Rosji! Cóż za wzór do naśladowania!

Doprawdy trzeba mieć tupet, by wszczynać raban o coś takiego w sytuacji, gdy miliony ludzi zatrudnionych na czarno lub na tzw. "umowy śmieciowe" nie mają w ogóle możliwości wzięcia zwolnienia lekarskiego nawet, gdy jest to wręcz konieczne, a wybuchające raz na rok epidemie grypy stały się już niemal tradycją, gdyż nawet ci "szczęśliwcy" zatrudnieni na umowę o pracę boją się pójść na zwolnienie z obawy o utratę zatrudnienia. Pamiętajmy też, że wielu decyduje się iść na "lewe" zwolnienie lekarskie w akcie desperacji, gdy latami nie mogą doprosić się o urlop wypoczynkowy.

Cóż za gorzki paradoks! W kraju rozpasanego wyzysku, powszechnego łamania praw pracowniczych oraz swobód związkowych przez tzw. pracodawców media pod pręgierzem stawiają pracowników...